czwartek, 18 marca 2010

CBA - Where amazing happens.

Wiosna zbliża się wielkimi krokami.
No dobrze, wiosna zbliża się jakimiś krokami. W każdym razie, kiedyś między marcem a końcem maja zaświeci słońce, śnieg stopnieje, powietrze osiągnie temperaturę czternaście na plusie a warszawscy komiksiarze wylegną na boisko do koszykówki, aby kontynuować rozpoczętą w czerwcu zeszłego roku tradycję morderczych pojedynków na asfalcie. Tak jest, już wkrótce reaktywacja Comics Basketball Association, ligi nie prezentującej może najwyższego poziomu, ale na pewno jednej z bogatszych w internetowe fotorelacje, które możecie znaleźć na blogach Jaszcza, Asu i przede wszystkim u Olgi (tutaj, tutaj, tutaj i jeszcze tutaj).

To, że CBA do tej pory nie doczekała się własnego loga uważałem za ogromne niedopatrzenie, więc postanowiłem coś z tym zrobić. Jako, że jestem graficznym imbecylem, zgłosiłem się po pomoc do Łukasza Mazura i tak, dzięki połączeniu mojej porażającej kreatywności, szalonych photoshopowych umiejętności (mad Photoshop skillz) Arcza oraz wiadomej inspiracji, powstały poniższe projekty:

Spiderman w swojej klasycznej pozie ze stopą wyrastającą z łokcia był pierwszym wyborem. Trochę za dużo czerwonego.

Wolverine, bo w końcu już grał w kosza (i dostał w dupę od Gambita, ha!).

Jeśli chodzi o napakowane, zielone stwory, to wolałem "Where incredible happens", ale ktoś się uparł na Savage Dragona.

Reed Richards w wybranej przez Arcza pozie (?), która bardzo dobrze oddaje styl gry niektórych zawodników.

Jako bonus bezimienny, zamaskowany heros z wąsem.

czwartek, 4 marca 2010

WSK 2010 - Najgorsza Relacja Świata

Co najlepiej wpływa na ilość odwiedzin bloga? Oprócz aktualizowania go częściej niż raz na miesiąc i unikania wpisów o zjawiskach pogodowych? Oczywiście zamieszczanie fotorelacji z imprez około-komiksowych. Najlepiej wie o tym Olga Wróbel, która mimo mydlenia oczu historyjkami o emo-lasce, tak naprawdę jest cyniczna i wyrachowana, i dąży do zdominowania blogosfery, nawet za cenę skompromitowania kolegów.

W swojej relacji z Wąsatych Spotkań Komiksowych, które odbyły się przedwczoraj na Chłodnej 25, miałem wykorzystać zdjęcia Arcza z Kolorowych Zeszytów, ale że większość z nich Łukasz wrzucił już w odmęty internetu, brutalnie odzierając z dziewiczości, jedynymi niepublikowanymi fotkami z Wąs Party jakimi dysponuję, są te, które sam zrobiłem. Niestety okazałem się jeszcze gorszym fotografem niż rysownikiem i wyglądają one mniej więcej tak (nawiasem mówiąc, całkiem wiernie oddają stan mojej ówczesnej percepcji):

Od lewej: Ystad, titos, McOwiec

Do powyższego tria dołącza Niezidentyfikowana Szara Plama Bartek Kuczyński.

Wszystkich, którzy zamiast tych pijanych, rozmazanych potworków chcą obejrzeć porządne fotki i przeczytać rzeczową relację, zapraszam na Kolorowe Zeszyty. Natomiast dla tych, którzy mają gdzieś rzeczowe relacje i chcą poczuć klimat imprezy, przygotowałem tę uroczą animację:

Party Monster
W roli tytułowej: Łukasz Babiel,
Gościnnie: TeO jako Zamaskowany Dres-Samuraj


A na deser mała auto-kompromitacja:

W marcu jak w garcu, jak mawia przysłowie. Zima zaskoczyła wąsaczy opuszczających Chłodną 25 oblodzonymi chodnikami, z czego mnie przynajmniej pięciokrotnie. Poranek, ciężki sam w sobie, przywitał moją lewą stopę bólem i absurdalnie wielką opuchlizną (kostka wyglądała, jakby właśnie pożarła antylopę). Na szczęście kuracja z altacetu i ketonalu pomogła, i moja kariera białej nadziei CBA nie została zagrożona.

Już zupełnie na koniec dziękuję Kajetanowi Wykurzowi za miłe, motywujące słowa o blogu oraz przepraszam Janka Mazura za to, że zaciąłem go brzytwą (!).

piątek, 5 lutego 2010

Trochę o Miriam

Nie czytam gazet, nie oglądam telewizji a internet służy mi wyłącznie do sprawdzania poczty, czytania webkomiksów, obrażania ludzi i gry w takie małe diamenciki, co je trzeba układać w rządkach po trzy tego samego rodzaju.
Nie wiem nic o aferze hazardowej ani wyborach prezydenckich a jedyne informacje o świecie trafiają do mnie ze sporadycznie porywanego w drodze do pracy darmowego 'Metra'.
W czwartek na przykład na pierwszej stronie znalazła się informacja, że Polska została haniebnie zaatakowana przez śnieżycę Miriam. Abstrahując od tego, że Miriam jest niżem a nie śnieżycą, zacząłem się zastanawiać, kto do cholery ją tak nazwał.
Miriam. To dobre imię, ale dla transseksualisty z reality show a nie dla huraganu (tak, tak, niżu), który napierdala z prędkością 90km/h. Ok, w tym przypadku jedynie paru Ślązaków zostało bez prądu, ale taka Katrina w 2005 zabiła prawie dwa tysiące ludzi. Kto wie ile osób zachowałoby życie, gdyby huragan nazywał się nieco groźniej?
Gdybym to ja mieszkał w Nowym Orleanie i usłyszał, że nadchodzi wichura o imieniu Katrina, zamknąłbym szczelnie lufcik i stwierdził, że przyjmę tę zdzirę na klatę. Ale gdybym usłyszał, że nadciąga huragan Rozpierdalacz, spieprzałbym od razu i nie oglądał się za siebie.

Dlatego też, dla dobra ludzkości (a przynajmniej części ludzkości żyjącej w wyjątkowo wietrznych miejscach), stworzyłem poprawioną listę imion huraganów, które - po zatwierdzeniu przez Światową Organizację Meteorologiczną - będą nosić nazwy norweskich zespołów black metalowych:

Allfader, Ansur
Borknagar

Cor Scorpii
Dødheimsgard

Einherjer
Frosthardr

Gorgoroth, Gehenna, Grimfist

Helheim

Ildjarn, Isengard

Koldbrann

Lengsel

Mayhem, Morgul

Natterfrost, Neetzach

Ov Hell, Orcustus

Pantheon
Ragnarok

Sturmgeist

Trelldom

Urgehal

Vaakevandring, Vreid

Windir

Zyklon


Nie ma za co.

czwartek, 21 stycznia 2010

KDT, czyli Klasyczny Dowcip Teatralny


Praca na bramce Teatru Narodowego może nie należy do najciekawszych na świecie, ale czasem staje się źródłem inspiracji. Szczególną grupę widzów stanowią podstarzali, łysiejący panowie z wąsem, którzy lubią umilić nam - bileterom - czas wyszukanym żartem, takim jak np. stare, dobre Wchodzę Bez Biletu czy, klasyczny jak rzut tortem w twarz, numer zobrazowany powyżej.
BAZINGA!

sobota, 2 stycznia 2010

Jam jest 444.


Zgodnie z obietnicą wrzucam spóźniony obrazek celebrujący czterysta-czterdziesto-cztero-krotne odwiedziny bloga. W założeniu jest on autoironiczną parafrazą grafiki wykonanej dla Przemka Pawełka przez Daniela Chmielewskiego. Niepokojące jest to, że (po żartach z okładki From Hell i dwóch pęńtowych trybiutach) odniesienia do twórczości Daniela już po raz, nomen omen, czwarty pojawiają się na Blender Fingerze. Mam nadzieję, że nie czyni to jeszcze ze mnie tak zwanego psycho-fana.

Na deser piosenka okolicznościowa.


środa, 30 grudnia 2009

Świszczący dźwięk martwych linii.

I love deadlines. I like the whooshing sound they make as they fly by.
Douglas Adams
Kuba Oleksak mnie nienawidzi. A przynajmniej powinien. Nadal nie narysowałem dla niego Batmana, mimo że jak napisałem w mailu z dziesiątego września (!): "Powinienem najpóźniej w przyszłym tygodniu podesłać". Jak cholera w przyszłym tygodniu.

Dzisiaj kolejny deadline, który sam sobie wyznaczyłem, przeleciał mi ze świstem koło głowy. Miałem tu wrzucić bazgroł z okazji konkretnej liczby odwiedzin bloga, ale z braku skanera i w obliczu sylwestrowo pozamykanych punktów xero, zmuszony jestem przesunąć termin na jutro.
Najpóźniej na sobotę. Obiecuję.

A ponieważ Nowy Rok ma mi przynieść mnóstwo nowych deadline'ów (od zwrotu książek do biblioteki, przez przystąpienie do funduszu emerytalnego, po napisanie wreszcie licencjatu), życzę sobie jak najczęściej dotrzymywać czekających mnie w dwa tysiące dziesiątym terminów.
I Wam również.

wtorek, 1 grudnia 2009

Smacznego karpia.

Bez zbędnego gadania, dlaczego nie aktualizowałem bloga od pięciu tygodni, wrzucam wreszcie mój pierwszy komiks. Czy raczej komiksik. Będzie go można wkrótce zobaczyć na ulotkach rozdawanych w ramach akcji na rzecz bezkrwawych świąt. Propozycję popełnienia tej sympatycznej chałturki dostałem od Marty Paciorkowskiej z fundacji Viva! , która zresztą jest autorką scenariusza. Marta, nie fundacja.

Nad tekstem jeszcze pracuję, więc będziecie musieli zadowolić się wersją niemą. Bardzo w temacie ryb.


Przyznam, że gdy przekonałem się ile jest roboty z rysowaniem głupiego 0śmiokadrowca, z przerażeniem spojrzałem na swoje plany zrealizowania kilku scenariuszy, które mi się nagromadziły w czaszce. No, ale najpierw muszę wreszcie spłodzić pewnego superbohatera grającego na pewnym instrumencie, dla pewnego portalu komiksowego. I obiecany Ystadowi kadr z eMeFKi.


Edit:

Dostałem od Marty plik gotowych, karpiowych ulotek, rozdawanych podczas zorganizowanego przez nią dzisiejszego happeningu. Mają one formę kartki świątecznej - po stronie wierzchniej widnieje wesoło machający ogonem, nieświadomy czekającego go losu, karp, który swoje akwarelowe kolory zawdzięcza pędzlowi Olgi Wróbel. A raczej zawdzięczałby, gdyby Viva! nie doszła do wniosku, że karp jest jak na karpia zbyt zielony i nie przemalowała go na brązowo (przez co wygląda na dobrze wysmażonego). Niespecjalnie jestem z tej ilustracji zadowolony, więc jej tu nie wrzucam.
W środku kartko-ulotki znajduje się komiksik, który po paru poprawkach wygląda tak:

Smacznego.